Ostatnie pudełko Pure Beauty sprawiło mi ogromną radość już w momencie, gdy je zobaczyłam. Tym razem box jest większy niż zazwyczaj, a to od razu zwiastowało jedno – w środku czeka naprawdę sporo produktów. Do tego dochodzi piękna, zimowa grafika, która od razu wprowadza w klimatyczny, przyjemny nastrój i sprawia, że samo rozpakowywanie jest jeszcze większą przyjemnością.
Muszę przyznać, że unboxingi Pure Beauty to coś, co zawsze sprawia mi ogromną frajdę. Uwielbiam ten moment otwierania pudełka i odkrywania, co tym razem znalazło się w środku. W tym boxie znalazłam naprawdę dużo produktów, które są dla mnie totalną nowością i które od dawna chciałam przetestować. To właśnie najbardziej cenię w tych pudełkach – możliwość poznania nowych marek, formuł i kosmetyków. Zawartość jest bardzo różnorodna – od pielęgnacji twarzy, przez włosy i ciało, aż po makijaż i praktyczne dodatki. Zdecydowanie jest to jeden z tych boxów, które od początku do końca robią świetne wrażenie.
Skóra z tendencją do zaczerwienień bywa wymagająca – reaguje na zmiany temperatury, stres czy nawet delikatne kosmetyki. Dermedic Redness krem-koncentrat na chroniczne zaczerwienienia to produkt stworzony właśnie z myślą o takiej cerze – wrażliwej, naczyniowej i nadreaktywnej. Już od pierwszej aplikacji można zauważyć działanie kojące i łagodzące. Krem ma lekką, przyjemną konsystencję, która szybko się wchłania i nie pozostawia tłustego filmu. Skóra staje się bardziej komfortowa, mniej napięta, a uczucie pieczenia czy „rozgrzania” wyraźnie się zmniejsza. Regularne stosowanie sprawia, że zaczerwienienia są mniej widoczne, a cera wygląda na spokojniejszą i bardziej jednolitą. Produkt nie maskuje problemu, ale stopniowo wspiera skórę w odbudowie jej naturalnej bariery ochronnej. Dzięki temu staje się ona bardziej odporna na czynniki zewnętrzne, które wcześniej powodowały rumień. Dużym plusem jest fakt, że krem nie zapycha porów i dobrze sprawdza się zarówno na dzień, jak i na noc. Może być również stosowany pod makijaż – nie roluje się i nie wpływa negatywnie na trwałość podkładu. Dermedic Redness to świetny wybór dla osób, które szukają skutecznego, ale delikatnego kosmetyku do codziennej pielęgnacji. Nie obciąża skóry, a przy regularnym używaniu realnie poprawia jej wygląd i komfort.
Maskary to kosmetyki, które zawsze sprawiają mi radość – sięgam po nie praktycznie każdego dnia. Propozycja od Miss Sporty od razu zwraca uwagę klasycznym, kolorowym opakowaniem charakterystycznym dla tej marki. Tusz ma bardzo dobrą konsystencję – nie jest ani zbyt suchy, ani zbyt mokry, dzięki czemu niezwykle łatwo się nim pracuje. Szczoteczka dobrze rozdziela rzęsy i pozwala stopniowo budować efekt, bez ryzyka sklejania. Już przy jednej warstwie rzęsy są wyraźnie pogrubione i wydłużone, a przy dwóch efekt staje się bardziej intensywny, nadal zachowując naturalny wygląd. Formuła maskary została opracowana tak, aby optycznie zwiększać objętość rzęs, jednocześnie je wydłużając. Co ważne, tusz nie osypuje się w ciągu dnia i nie odbija na powiece, co jest dla mnie ogromnym plusem i sprawia, że można na nim polegać przez wiele godzin. To bardzo udany produkt, który bez problemu może konkurować z dużo droższymi maskarami – idealny na co dzień i dla osób, które cenią sobie dobry efekt w przystępnej cenie.
Konturówka do ust to jeden z tych kosmetyków, które potrafią całkowicie odmienić makijaż. Rimmel Oh My Plump! Lip Shaper to propozycja, która nie tylko podkreśla kształt ust, ale również optycznie je powiększa i zapewnia komfort noszenia przez cały dzień. Już przy pierwszym użyciu zwraca uwagę kremowa, miękka formuła, która gładko sunie po ustach, nie ciągnąc skóry i nie podkreślając suchych miejsc. Aplikacja jest szybka i precyzyjna – bez problemu można dokładnie obrysować kontur, jak i wypełnić całą powierzchnię ust, uzyskując efekt trwałej pomadki.Ogromnym plusem jest intensywna pigmentacja. Kolor jest wyrazisty już po jednym pociągnięciu, dzięki czemu usta wyglądają na wyraźnie zdefiniowane i pełniejsze. Konturówka świetnie sprawdza się zarówno solo, jak i w duecie z błyszczykiem czy szminką. Na uwagę zasługuje również trwałość – produkt utrzymuje się na ustach przez wiele godzin, nie rozmazuje się i nie „ucieka” poza kontur. Co ważne, mimo długotrwałego efektu, nie wysusza ust. Dzięki zawartości składników pielęgnujących, takich jak olej jojoba, usta pozostają miękkie i komfortowe nawet po kilku godzinach noszenia. Rimmel Oh My Plump! Lip Shaper to doskonały wybór dla osób, które szukają konturówki łączącej efekt wizualny z wygodą. To kosmetyk, który sprawdzi się zarówno w codziennym makijażu, jak i przy bardziej wyrazistych stylizacjach ust.
Ta maseczka bardzo mnie ucieszyła, bo produkty marki Vianek są mi dobrze znane i zwykle świetnie sprawdzają się w mojej pielęgnacji. Wersja Hero to dla mnie nowość, dlatego od razu byłam jej bardzo ciekawa. Opakowanie jest proste, estetyczne i utrzymane w naturalnym stylu – dokładnie takim, jaki lubię najbardziej. Maseczka przeznaczona jest do stosowania na noc, czyli aplikujemy ją zamiast kremu i pozwalamy jej działać podczas snu. Jej konsystencja jest kremowa, ale niezbyt ciężka – łatwo się rozprowadza i szybko „układa” na skórze, nie klei się i nie zostawia tłustej warstwy. Zapach delikatny, naturalny, bardzo przyjemny i relaksujący, idealny na wieczór. W składzie znajdziemy m.in. koenzym Q10, który wspiera procesy regeneracyjne skóry i działa przeciwstarzeniowo, a także oleje roślinne i ekstrakty, które odpowiadają za nawilżenie i odżywienie. Po nocy skóra jest wyraźnie bardziej miękka, wygładzona i wygląda na wypoczętą. Bardzo podoba mi się efekt „świeżej” cery rano. To produkt, który chętnie włączę na stałe do wieczornej pielęgnacji.
To serum od Bioliq to jeden z tych produktów, które od dłuższego czasu zwracały moją uwagę, dlatego w końcu trafiło do mojej pielęgnacji. Jeszcze nie miałam okazji go stosować, ale już teraz zapowiada się bardzo obiecująco i zdecydowanie mam zamiar włączyć je do swojej codziennej rutyny. Producent obiecuje, że polipeptydowe serum ujędrniające ma poprawiać jędrność i elastyczność skóry, wspierać jej regenerację oraz pomagać w wygładzeniu drobnych linii. Formuła została opracowana z myślą o skórze, która potrzebuje wzmocnienia, ujędrnienia i poprawy ogólnej kondycji. W składzie znajdziemy polipeptydy, które mają za zadanie wspierać naturalne procesy odnowy skóry i poprawiać jej sprężystość. Dodatkowo serum zawiera składniki nawilżające, które pomagają utrzymać odpowiedni poziom nawodnienia oraz komfort skóry przez cały dzień. Producent podkreśla, że regularne stosowanie ma sprawić, że cera stanie się bardziej napięta, gładsza i wyraźnie odmłodzona. Serum ma lekką konsystencję, dzięki czemu – według zapewnień marki – szybko się wchłania i może być stosowane zarówno rano, jak i wieczorem, także pod krem czy makijaż. To ważna cecha, szczególnie jeśli szukamy produktu, który łatwo wpasuje się w codzienną pielęgnację. Na ten moment pozostaje mi przetestować serum i sprawdzić, czy spełni obietnice producenta. Z pewnością wrócę z pełną recenzją po dłuższym stosowaniu i podzielę się swoimi wrażeniami.
Odżywka Radical nawilżająca normalizująca to produkt, który dopiero czeka na swoją kolej w mojej pielęgnacji włosów. Jeszcze jej nie stosowałam, ale zapowiada się bardzo ciekawie, szczególnie dla osób, które szukają równowagi pomiędzy nawilżeniem a normalizacją skóry głowy. Zgodnie z deklaracjami producenta, odżywka została stworzona z myślą o włosach wymagających nawilżenia, a jednocześnie skłonnych do szybkiego przetłuszczania. Jej zadaniem jest nawilżać włosy na długościach, poprawiać ich elastyczność i miękkość, a przy tym wspierać prawidłowe funkcjonowanie skóry głowy, bez jej obciążania. W składzie znajdują się składniki o działaniu nawilżającym i regulującym, które mają pomagać przywrócić skórze głowy równowagę oraz ograniczać nadmierne przetłuszczanie. Producent obiecuje, że regularne stosowanie sprawi, iż włosy staną się lżejsze, bardziej świeże, a jednocześnie wyraźnie gładsze i łatwiejsze do rozczesania. Odżywka ma być odpowiednia do częstego stosowania i dobrze uzupełniać codzienną pielęgnację włosów oraz skóry głowy. Na ten moment pozostaje mi sprawdzić ją w praktyce i przekonać się, czy spełni obietnice marki. Z pewnością wrócę z pełną opinią po dłuższym czasie stosowania.
Ten żel od Himalaya od razu przykuł moją uwagę dzięki kawowemu aromatowi, który sprawia, że codzienne mycie twarzy staje się przyjemnym, energetyzującym rytuałem. Jeszcze go nie testowałam, ale już nie mogę się doczekać, aby sprawdzić, jak działa na moją skórę. Producent obiecuje, że żel głęboko oczyszcza skórę, usuwa nadmiar sebum i pozostawia cerę świeżą i wygładzoną, bez uczucia ściągnięcia. Formuła produktu została opracowana tak, aby oczyszczać delikatnie, ale skutecznie, co sprawia, że może być stosowany nawet codziennie. W składzie znajdziemy m.in. ekstrakt z kawy, który ma właściwości pobudzające i antyoksydacyjne, oraz roślinne składniki oczyszczające i łagodzące, które wspierają naturalną równowagę skóry. Producent podkreśla, że żel nie wysusza skóry i pomaga utrzymać ją w dobrej kondycji. Zapach kawy w tym żelu jest wyraźny, ale przyjemny – nie przytłacza i dodaje energii podczas porannej pielęgnacji. Na ten moment pozostaje mi wypróbować go na własnej skórze i sprawdzić, czy rzeczywiście spełnia obietnice producenta.
Maseczka Mezzo Mask od Clochee od razu zwróciła moją uwagę – to produkt, który łączy w sobie domową wersję mezoterapii z codzienną pielęgnacją. Jeszcze jej nie stosowałam, ale jestem bardzo ciekawa, jak sprawdzi się na mojej skórze i czy rzeczywiście zapewni obiecany efekt odświeżenia i energii dla cery. Formuła maseczki oparta jest na mikroigłach, które delikatnie stymulują skórę, ułatwiając przenikanie składników aktywnych w głąb naskórka. W składzie znajdziemy m.in. niacynamid wspierający wyrównanie kolorytu i wygładzenie skóry, ferment z aceroli jako naturalne źródło witaminy C, kofeinę, która pobudza mikrokrążenie, oraz aloes, który łagodzi i nawilża skórę. Producent obiecuje, że regularne stosowanie maseczki przynosi efekt odświeżenia, wygładzenia, nawilżenia oraz naturalnego rozświetlenia, nawet przy cerze zmęczonej lub poszarzałej. Maseczka ma lekką konsystencję żelu‑kremu z drobnymi mikroigłami, które zapewniają delikatne uczucie stymulacji podczas aplikacji, a zapach jest subtelny, lekko aromatyczny i przyjemny – zupełnie nie drażniący. Dzięki temu rytuał pielęgnacyjny staje się przyjemny i energetyzujący. Na ten moment maseczka czeka w mojej kosmetyczce, a ja nie mogę się doczekać, aby wypróbować ją na własnej skórze i sprawdzić, czy rzeczywiście działa jak „espresso dla cery”. Na pewno podzielę się wrażeniami po pierwszych testach!
Serum Sesderma C‑VIT liposomowe od razu przykuło moją uwagę, bo od dawna szukałam produktu, który doda skórze energii i rozświetlenia. Jeszcze go nie stosowałam, ale jestem bardzo ciekawa, jak sprawdzi się w codziennej pielęgnacji i czy rzeczywiście poprawi koloryt mojej cery.To serum ma być skoncentrowaną dawką witaminy C, która jest znana ze swoich właściwości rozjaśniających i antyoksydacyjnych. Dzięki technologii liposomowej składniki aktywne są lepiej wchłaniane i działają głębiej w skórze, tam gdzie są najbardziej potrzebne. W formule znajdziemy także kwas hialuronowy, który zapewnia nawilżenie i miękkość, oraz antyoksydanty wspierające naturalną barierę ochronną skóry i chroniące ją przed wolnymi rodnikami. Serum ma lekką, żelowo-kremową konsystencję, która szybko się wchłania i pozostawia skórę gładką, miękką i dobrze przygotowaną pod krem lub makijaż. Zapach jest subtelny i świeży, delikatnie umila rytuał pielęgnacyjny, nie przytłaczając zmysłów. Producent obiecuje, że regularne stosowanie serum rozświetli cerę, poprawi jej jędrność i nawilżenie, a także wspomoże ochronę przed działaniem wolnych rodników.Na ten moment serum czeka w mojej kosmetyczce, a ja nie mogę się doczekać, aby je przetestować i sprawdzić, jak działa w praktyce. Na pewno wrócę z pełną opinią po kilku tygodniach stosowania.
Balsam Physiogel® do ciała łagodzenie i ulga bardzo mnie zainteresował, ponieważ moja skóra bywa sucha i wrażliwa, szczególnie po kąpieli. Jeszcze go nie stosowałam, ale już teraz wydaje się idealnym produktem do codziennej pielęgnacji skóry wymagającej ukojenia. Opakowanie jest proste i apteczne, co od razu wzbudza zaufanie, a sama formuła balsamu ma kremową, ale lekką konsystencję, dzięki czemu szybko się wchłania i nie pozostawia lepkiej warstwy. Zapach jest praktycznie niewyczuwalny, co dla mnie jest ogromnym plusem, szczególnie przy wrażliwej skórze. W składzie balsamu znajdują się substancje odbudowujące barierę hydrolipidową skóry, takie jak filtry lipidowe i ceramidy, które pomagają wzmocnić naturalną ochronę skóry i ograniczyć utratę wody, a także składniki łagodzące i nawilżające, które przynoszą ulgę podrażnionej cerze i redukują uczucie ściągnięcia. Dzięki temu skóra staje się wyraźnie miękka, gładka i komfortowa w dotyku. Producent obiecuje, że regularne stosowanie balsamu przywraca równowagę skóry, koi podrażnienia i zapewnia długotrwałe nawilżenie. Na ten moment balsam czeka w mojej kosmetyczce i nie mogę się doczekać, aby wypróbować go na własnej skórze i przekonać się, czy rzeczywiście spełni obietnice marki i zapewni ukojenie skórze wrażliwej i suchej.
Żel Treaclemoon Creamy Shea Butterfly miałam już okazję wypróbować i muszę przyznać, że od razu skradł moje serce. Już samo piękne opakowanie zachęca do używania, ale największą przyjemność sprawia zapach – delikatny, kremowy, otulający, lekko słodki i naprawdę relaksujący. To taki kosmetyk, który sprawia, że kąpiel staje się małym rytuałem przyjemności. Żel ma kremową, gęstą konsystencję, która dobrze się pieni i nie wysusza skóry, pozostawiając ją miękką i przyjemną w dotyku. W składzie znajdziemy masło shea, które odżywia i nawilża skórę, oraz łagodne substancje myjące, które oczyszczają bez efektu ściągnięcia. Dodatkowo formuła produktu jest wzbogacona o składniki pielęgnacyjne, które wspierają naturalną barierę ochronną skóry.Uwielbiam ten żel nie tylko za działanie pielęgnacyjne, ale też za przyjemność, jaką daje podczas codziennej kąpieli. Każde użycie to mała chwila relaksu, a skóra po nim jest naprawdę miękka, gładka i delikatnie pachnąca. Moim zdaniem to idealny żel do codziennej pielęgnacji, który łączy w sobie skuteczne oczyszczanie z aromatycznym, pielęgnacyjnym doznaniem.
Ten krem to bardzo praktyczny produkt, który zdecydowanie doceniam, szczególnie w sezonie jesienno-zimowym. Opakowanie jest minimalistyczne i profesjonalne, typowe dla kosmetyków podologicznych – bez zbędnych ozdobników. Konsystencja kremu jest gęsta i treściwa, ale dobrze się rozprowadza i szybko wchłania. Zapach neutralny, delikatny, typowo pielęgnacyjny. W składzie znajdują się substancje zmiękczające i regenerujące, które pomagają redukować zrogowacenia oraz wygładzać skórę stóp. Po kilku użyciach skóra staje się wyraźnie bardziej miękka, gładsza i zadbana. To idealny krem do wieczornej pielęgnacji – najlepiej nałożyć grubszą warstwę i pozwolić mu działać przez noc.
Lip Revitalizer regenerujący balsam do ust. Balsamy do ust to u mnie kosmetyk absolutnie obowiązkowy, dlatego ten produkt bardzo mnie ucieszył. Blistex znam od lat, ale tej wersji jeszcze nie miałam okazji używać, więc potraktowałam ją jako miłą nowość. Opakowanie jest klasyczne i bardzo poręczne – idealne do torebki czy kieszeni. Konsystencja balsamu jest lekka, ale jednocześnie mocno odżywcza. Bardzo szybko się rozprowadza i od razu przynosi ulgę suchym ustom. Zapach jest delikatny, lekko słodki, ale nieprzytłaczający. W składzie znajdziemy składniki nawilżające i regenerujące, które pomagają odbudować barierę ochronną ust oraz chronią je przed przesuszeniem. Po regularnym stosowaniu usta są wyraźnie gładsze, miękkie i zadbane. To taki kosmetyk, który zawsze warto mieć pod ręką – prosty, skuteczny i niezawodny.
Bardzo lubię, gdy w boxach pojawiają się takie słodkie dodatki. Mochi to dla mnie miła nowość i ciekawa odmiana od klasycznych słodyczy. Ciasteczka są miękkie, delikatnie ciągnące i mają subtelnie słodki smak. Idealnie sprawdziły się jako mała przekąska do kawy lub herbaty. Fajny, smakowity dodatek do kosmetycznego boxa.
Płyn Zielko do czyszczenia lodówki i mikrofalówki od razu przypadł mi do gustu. Lubię, kiedy w pudełkach z kosmetykami lub produktami do domu pojawiają się takie praktyczne drobiazgi, które ułatwiają codzienne obowiązki i jednocześnie wprowadzają odrobinę przyjemności do rutyny sprzątania. Formuła płynu jest oparta na naturalnych składnikach, które skutecznie oczyszczają powierzchnie, jednocześnie dbając, by nie były drażniące dla skóry czy nosa. W składzie znajdziemy między innymi delikatne substancje myjące, ekstrakty roślinne oraz olejki eteryczne z mięty i jałowca, które nadają produktowi przyjemny, świeży i lekko orzeźwiający zapach. Dzięki temu sprzątanie staje się mniej obowiązkiem, a bardziej małą, aromatyczną przyjemnością. Bardzo podoba mi się to, że po użyciu powierzchnie są nie tylko czyste, ale też pachną świeżością i subtelnie roślinnie. To idealny produkt dla osób, które cenią praktyczne, skuteczne i jednocześnie przyjemne w użyciu rozwiązania w domu. Dla mnie taki płyn to mały, codzienny luksus w sprzątaniu, który umila zwykłe obowiązki i daje satysfakcję z porządku.
Podsumowując, jestem naprawdę bardzo zadowolona z tego boxa Pure Beauty. Znalazłam w nim mnóstwo ciekawych produktów, z których wiele było dla mnie zupełnie nowych i które chętnie będę dalej testować w codziennej pielęgnacji. Cieszę się, że mogłam poznać nowe formuły i marki, a jednocześnie uzupełnić swoją kosmetyczkę o praktyczne i sprawdzone kosmetyki. Ten box po raz kolejny utwierdził mnie w przekonaniu, że Pure Beauty potrafi pozytywnie zaskakiwać i dostarczać kosmetyczną przyjemność. Zdecydowanie jest to pudełko, które sprawiło mi dużo radości i które będę wspominać bardzo pozytywnie.
Pudełko otrzymałam w ramach współpracy z PureBeauty.
.
















